Na Jeziorze Solińskim
Na Jeziorze Solińskim

Na Jeziorze Solińskim

Przystań w Polańczyku

Listopad. O takiej porze roku byłem pierwszy raz w Polańczyku. Było zimno i padało, a jak nie padało to lało. Na ulicach nikogo nie było widać. Zamknięte kempingi i ośrodki wczasowe, cisza i spokój. Przypominam sobie sierpień tego roku, gdy po raz pierwszy pojechałem nad Jezioro Solińskie z dziećmi. Piszę o tym, gdyby ktoś szukał pomysłu, jak wyjaśnić małemu dziecku znaczenie słowa „przeciwieństwo”. Niech tam pojedzie poza sezonem, a potem w wakacje. Nie tylko rozwinie swoją pociechę językowo, ale jeszcze nawdycha się świeżego powietrza, a może i sporty pouprawia.

Polańczyk - zabawa na plaży

O tej porze roku ta okolica to nie jest miejsce dla odludków. Miejscowości takie jak Polańczyk albo Solina to typowe ośrodki turystyczne, ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Za piasek i wodę dla swoich dzieci „płacę” życiem w ciągłym hałasie; za bliskość różnych atrakcji koniecznością nieustannego pilnowania, czy dzieci nie zginą mi w tłumie; za towarzystwo innych dzieciaków spotkaniami z dorosłymi, którzy niekoniecznie dają dobry przykład. Kwestia wyboru każdego rodzica, ile chce przebywać w takich warunkach.

A może kwestia negocjacji z naszymi dziećmi? My wolimy trochę spokojniejsze miejsca, ale jak odmówić maluchom zabawy  w tych basenikach przy „Unitrze”? I jak się z nimi nie bawić, gdy dość niespodziewanie trafiamy na dyskotekę dla dzieci (codziennie od 19 do 20 w restauracji obok boiska)?

Nad jeziorem Solińskim

Pierwszy dzień upłynął nam krótkich spacerach po okolicy i zwiedzaniu przystani jachtowej. Wieczorem położyliśmy dzieci do łóżek, potem jeszcze wypiliśmy po lampce wina i poszli spać w rytm niesionych po wodzie przebojów dyskotekowych.

Następnego dnia wczesna pobudka. Wczesna jak na turystów oczywiście, bo dla rodzica to żadna nowość być na nogach przed 7. Tym razem byliśmy wdzięczni maluchom za wyrwanie nas spod kołder. Szwendaliśmy się po jeszcze pustych brzegach jeziora, relaksowali bez zakłóceń, robili trochę ładniejsze zdjęcia, bo zza ludzi wyłoniła się oświetlona porannym słońcem przyroda.

Na popołudnie umówiliśmy się z moim kuzynem i jego żoną, który przebywali w okolicy na wczasach. Najpierw pojechaliśmy nad zaporę w Solinie. I znowu wbiliśmy się w wielkie tłumy. Gąszcz straganów, knajpek, wesołe miasteczko, plaże. Jak to często bywa uznana atrakcja turystyczna została obudowana tysiącem sposobów na zarobienie pieniędzy. Prawdę mówiąc nie czuliśmy się tam najlepiej. Wychyliłem się tylko za barierkę, by pokazać Madzi dziesiątki wielkich ryb, które podpływają pod samą zaporę, na pewno przyzwyczajone do zwiedzających, którzy rzucają im z góry jedzenie. Udomowione zwierzęta?

Ośrodek Solinianka w Solinie

Później trzeba było znaleźć drogę do ośrodka, w którym nocowało kuzynostwo. Trzeba było zjechać pod zaporę, skręcić z głównej drogi, minąć kościół. Jest. Wyglądało to ładnie i niezwykle. Okrągłe domki przykryte zielonymi dachami w kształcie serca. Widać, że inwestor pozwolił architektowi na oryginalność. W pokoju, który wynajęli Olek i Małgosia kolejna niespodzianka – ściany zdobiły indyjskie obrazy. Jak hinduscy bohaterowie i jeźdźcy na słoniach trafili w polskie Bieszczady? Tajemnica wkrótce się wyjaśniła. Właściciel tego ośrodka mieszka w Polsce już kilkadziesiąt lat, ale pochodzi z Indii. „Solinianka” to miejsce, które zbudował z inspiracji swojej żony, o czym sam nam mówi. Jego ojczyzna ma też wpływ na menu, które w połowie jest hinduskie. Znaczna część składników, np. przyprawy, sprowadzana jest aż z Indii. Kucharz też stamtąd pochodzi. Zjedliśmy tu obiad i rzeczywiście przypomniałem sobie smaki, które poznałem kilka lat wcześniej w podróży po Indiach i Nepalu. Bardzo smaczne.

Kuzyn i jego żona poszli popływać w niedalekim Jeziorze Myczkowskim, a my skorzystaliśmy, że nasze dzieci zasnęły. Sami trochę poczytaliśmy, trochę podrzemaliśmy w tym spokojnym zakątku.

Mały pirat

Później niespodzianka. Olek zafundował nam wszystkim pływanie jachtem. Pojechaliśmy więc na przystań i wskoczyli na łódkę. I tu się zaczął luksus – luksus na nasza skromną miarę. Siedliśmy na pokładzie, wystawiliśmy twarze na słońce i wiatr, i uważając, żeby nie dostać w głowę bomem pokazywali dzieciakom, jak to jest na żaglowce. Nigdy wcześniej nie pływały, ale bawiły się dobrze, choć nie wyglądały na szczególnie zaskoczone nowością. Tak to już jest z małymi dziećmi – jeszcze nie nauczyły się, że dla ludzi poruszanie się po wodzie albo w powietrzu to nie są oczywiste sprawy.

W końcu udało nam się wywołać w nich głębsze emocje. Olek i ja wskoczyliśmy do wody, żeby sobie popływać, co wywołało niepokój szczególnie Madzi. Kocham moją córkę również za to, że tak się o mnie troszczy, ale muszę jej wyjaśnić, że i poza basenem można się pluskać. Woda ciepła, ale już po jednej rundce dookoła żaglówki musiałem się na nią z powrotem wdrapać. „Tatusiu, uważaj!”

Żaglówką po Jeziorze Solińskim

Zdecydowaliśmy się zostać tu jeszcze jedną noc. Był niedzielny wieczór i podejrzewaliśmy, że na drogach będą straszne korki. Tym razem było znacznie ciszej. Tego dnia dyskoteki nie szalały. Zerwał się za to wiatr i deszcz, który bębnił o szybę w dachu. Wróciliśmy następnego dnia rano. Wycieczka udana.

A teraz patrzę przez okno na zachmurzone niebo, zastanawiam się czy lunie już, czy dopiero za chwilę i myślę o ciepłej wiośnie i kolejnym wypadzie do Soliny, a pewnie i dalej.

Wśród żaglówek

About The Author

Psycholog poznawczy i edukacyjny. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Szczególnie zainteresowany procesami przetwarzania informacji przez człowieka. Prywatnie fan podróży oraz odkrywania nowych rzeczy w muzyce i literaturze.

Related posts

Leave a Reply